Mój samochód dostaje łatki jak telefon - i właśnie to najbardziej mnie niepokoi
Zdalne aktualizacje OTA miały być wygodą bez wizyty w serwisie. Uważam, że przy okazji zamieniliśmy auto w komputer na kółkach - z komputerowymi lukami włącznie.
Zdalne aktualizacje OTA, czyli bezprzewodowe dostarczanie oprogramowania do auta, faktycznie potrafią naprawić usterkę bez wizyty w serwisie. Problem w tym, że ten sam kanał, którym producent wysyła poprawki, może być celem ataku. Eksperci coraz głośniej ostrzegają, że wygoda i ryzyko idą tu ramię w ramię.
Przez lata przyzwyczaiłem się, że telefon łata się w nocy i rano jest po prostu lepszy. Teraz to samo robi mój samochód - i tu przestaje mi być wesoło.

Auto to już komputer, tylko cięższy
Telefon, gdy padnie po nieudanej aktualizacji, kładę na biurku i klnę. Auto, gdy coś pójdzie nie tak, stoi na parkingu i nie rusza. A skala jest inna: mowa o infrastrukturze, którą interesują się nie tylko cyberprzestępcy, ale i państwa.
Dziwi mnie, jak szybko zaakceptowaliśmy, że pojazd za kilkaset tysięcy złotych zależy od zdalnego pakietu danych. Kupując samochód, sprawdzamy zawieszenie i zużycie oleju. Rzadko pytamy, kto i jak zabezpiecza serwer, z którego przyjedzie kolejna łatka.
Nie namawiam do rezygnacji z OTA - to realna wygoda. Ale zaczynam traktować bezpieczeństwo oprogramowania jako parametr auta. Tak samo ważny jak moc silnika.


